Proszę, tylko nie jedźcie do Apulii!

przez Pizza Girl Patrol
4 komentarze

APULIA, HISTORIA PRAWDZIWA

Być może włączyliście ten artykuł i jesteście zaciekawieni lub lekko oburzeni tym kontrowersyjnym nagłówkiem. Ja naprawdę was bardzo proszę o to, żebyście nie jechali do Apulii. Dlaczego? Bo…  

Tam jest cudownie!

Jednak jest cudownie dlatego, że to chyba jeden z nielicznym regionów, który pomimo wzrastającej popularności, nie został jeszcze całkowicie opanowany przez turystów.

To co piszę, może wywoływać w was pewne negatywne emocje. W końcu my wszyscy, którzy zachwycamy się tym pięknym krajem, odwiedzając go, jesteśmy turystami.

Jednak miałam okazję mieszkać przez pół roku we Florencji i zrozumiałam to, że duża liczba turystów odwiedzających miasto jest na dłuższą metę strasznie męcząca i zdecydowanie odbiera magię niezwykłym miejscom. Ma to też wpływ na zachowanie miejscowych, którzy zamiast prowadzić normalne życie, skupiają się na tym jak coś sprzedać turyście i zachęcić go do zakupu.

Apulia jest zupełnie inna. Jest autentyczna. Nie jest oblężona przez turystów (jeszcze). Można tam pojechać i przekonać się jak faktycznie wygląda włoskie “la dolce vita”.

To co mnie zachwyciło najbardziej, to serdeczność miejscowych ludzi. Wszyscy, których poznałam, byli niezwykle gościnni i pomocni. I własnie o tym chciałabym szerzej napisać.

Pewnego wieczora spotkały nas dwie niesamowite rzeczy. Na samą myśl o nich robi mi się niezwykle miło. To są jedne z tych “magicznych” chwil, do których wracam, gdy szara codzienność zaczyna mnie przytłaczać.

POPROSZĘ JEDNEGO ARBUZA

Spacerowaliśmy sobie po Torre Lapillo. Jako że wino we Włoszech jest niezwykle tanie, a byliśmy na wyjeździe integracyjnym (dokładniej był to jego ostatni wieczór), zaczęliśmy dość intensywnie odczuwać proces wypłukiwania się witamin z naszego organizmu.

W związku z tym, wszystkim o czym marzyłam, było zjedzenie jakiegoś pięknego, soczystego, pełnego minerałów OWOCA.

Można powiedzieć, że zwizualizowałam sobie to życzenie – nagle na naszej drodze pojawił się staruszek, a obok niego auto. W jego bagażniku znajdowały się.. świeże arbuzy i melony.

Świeże woce w Torre Lapillo

Przez moment myślałam, że to może jakaś fatamorgana. Bez chwili zastanowienia podbiegłam do niego, żeby sprawdzić czy on istnieje naprawdę. Ale ten starszy Pan i jego owoce były prawdziwe.

Poprosiłam więc o jednego arbuza. Spytał się, czy chcę go na wynos czy na miejscu. Hmm… natychmiast musiałam dostarczyć swojemu organizmowi witamin, więc na miejscu.

I w tym momencie zaczęło się dziać coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam.

A dokładniej, staruszek przyniósł nam stolik. Pokroił arbuza. Przyniósł dwa melony. Pokroił. Przyniósł talerzyki. Krzesła. I nagle w zaledwie parę minut, siedzieliśmy na środku ulicy, w błyskawicznie zbudowanym przez tego Pana “barze”.

Arbuzy w Apulii

Zażartowaliśmy między sobą, że jeszcze tylko wina brakuje. Wino, jako całkiem uniwersalne słowo, zostało błyskawicznie zrozumiane przez sympatycznego Włocha.

Za parę sekund, na naszym prowizorycznym stoliku pojawiło się czerwone wino wraz z kubeczkami. A za chwilę ciasto. Dwa wielkie, zapakowane lokalne sery. Oraz świeżo złowione ryby. Żebyśmy sobie wzięli do domu i usmażyli na kolację.

Gościnność w Apulii

Jeśli powiem, że na naszej drodze pojawił się anioł, to chyba nie będę przesadzać? Ile razy w życiu doświadczyliście takiej bezinteresownej, szczerej, spontanicznej gościnności? Ja, na taką skalę, chyba pierwszy raz w życiu.

W międzyczasie, nasz Zbawiciel bardzo się rozgadał, opowiedział jak wyglądało jego życie, pokazał zdjęcia córek. Następnie postanowił zadzwonić do jednej z nich.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wybrał numer telefonu i przystawił mi słuchawkę do ucha. Nie bardzo wiedziałam co mówić.. Opowiedziałam w skrócie o naszym miłym spotkaniu. Chyba w pół godziny staliśmy się członkiem jego rodziny.

Nasz gospodarz kazał dodać córkę na Whatsappie, wysłać wspólne zdjęcie i w razie, gdybyśmy kiedyś potrzebowali noclegu w Turynie – odezwać się do niej.

Bohater naszej historii krojący arbuzy

Wydawałoby się, że dzienny limit niesamowitych zdarzeń został wyczerpany. Ale to był dopiero początek!

Zapomniałam wspomnieć, że to wszystko wydarzyło się w drodze na pizzę! Mogło mieć to wpływ na ten magiczny bieg wydarzeń.

No więc zjedliśmy pizzę, wypiliśmy po aperolku, zrobił się wieczór, a wieczory pod koniec września w Apulii nie należą do najcieplejszych. Pół godziny dzieliło nas od domu, w którym chcieliśmy się znaleźć jak najszybciej.

TAJEMNICZY KONCERT

Rosliny w Apulii

Jednak nagle dobiegły nas dźwięki muzyki.. I to nie bylejakiej. Takiej naprawdę dobrej, rockowej. W wiosce, w której nie było już w ogóle turystów, a i samych miejscowych ciężko było zobaczyć odbywała się jakaś głośna impreza?!

Dźwięki dobiegały z samej plaży i to gdzieś z okolic naszego domu. Zatrzymaliśmy się i przed wielkim “gajem oliwnym” i postawiliśmy sobie pytanie: wchodzić czy nie? Wyglądało jak czyjaś posesja, ale brama była otwarta.. Ciekawość była silniejsza.

Doszliśmy do końca dróżki, a na końcu jej ukazała się nam piękna willa z ogrodem, a w niej.. prywatny koncert dla włoskiej rodziny.

Zatrzymaliśmy się, żeby posłuchać, ale oprócz nas i tej rodziny nie było nikogo w pobliżu paru kilometrów. Siłą rzeczy zwracaliśmy na siebie uwagę, więc włoska rodzina (liczna) zaczęła nam się przyglądać ze zdziwieniem i zainteresowaniem.

Zrozumieli, że to muzyka przyciągnęła nas w to miejsce. Patrzymy się my na nich, oni na nas. I nagle.. wołają nas. Zapraszają i chcą żebyśmy się do nich dołączyli! Właściwie to nie wiedzieliśmy co zrobić.. Ale oni, widząc nasze niezdecydowanie, coraz bardziej ochoczo zaczęli do nas machać.

No to weszliśmy i usiedliśmy między nimi. Najpierw nam się trochę przyglądali, ale potem zaakceptowali fakt, że jesteśmy i po chwili nie wzbudzaliśmy już większego zainteresowania.

Po pewnym czasie, zagadał do nas ktoś z rodziny i wytłumaczył, że to urodziny “Favio” , a na scenie gra jego ulubiony zespół. Jakby tego wszystkiego było mało – pojawia się pytanie czy chcemy się napić piwa. Nie chcemy nadużywać gościnności, ale po paru sekundach każdy z nas trzyma butelkę Peroni w ręku.

Gdybyśmy chcieli więcej – mamy mówić. Będą świętować parę dni, więc mają przyszykowane odpowiednie zapasy.

No i jak ja mogę podsumować to wszystko co nam się przydarzyło? Może macie jakiś pomysł? Napiszcie koniecznie w komentarzu. 🙂

KONIECZNIE PRZECZYTAJCIE O MOIM WYJĄTKOWYM SPOTKANIU Z MISTRZEM PIZZY – GINO SORBILLO

Jeśli podobał się Wam ten artykuł, koniecznie zaobserwujcie mój Fanpage, żeby być zawsze na bieżąco!

Podobne wpisy

4 komentarze

Salento, czyli Torre Lapillo, niesamowite plaże i cudowni mieszkańcy 03.03.2018 - 20:27

[…] mi się dwie totalnie niesamowite przygody, które już zdążyłam opisać szerzej w artykule Proszę, tylko nie jedźcie do Apulii. Koniecznie go […]

Odpowiedz
Festiwal pizzy w Neapolu i spotkanie z Gino Sorbillo - Pizzagirlpatrol - blog o włoskiej pizzy, podróżach i street-arcie 18.09.2018 - 20:46

[…] Jeśli podobała się Wam ta historia, koniecznie zajrzyjcie tutaj, gdzie opisałam niezwykle magiczne spotkanie w Apulii. […]

Odpowiedz
ania 23.08.2019 - 15:19

Niesamowite historie. Zazdroszcze i jeszcze bardziej chce tam pojechać. Marzy mi się to miejsce już od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, ze kiedyś uda mi się tam pojechać

Odpowiedz
Pizza Girl Patrol 25.08.2019 - 19:24

W takim razie trzymam kciuki za to, żebyś tam pojechała! 🙂

Odpowiedz

Pozostaw komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Więcej na temat plików cookies znajdziesz w polityce prywatności. Akceptuję Czytaj więcej